polskie wino

Kazimierskie Wzgórza beczka z logo.

Winnica Kazimierskie Wzgórza, Kazimierz Dolny

Startujemy z Warszawy. Autostrada, pola, las, a potem jednopasmówka. Około półtorej godziny i jesteśmy w zupełnie odmiennej krainie. Otaczają nas wzgórza, wąwozy i historyczne domy. Kontynuując temat rodzimych winnic, tym razem wyruszyliśmy do jednego z popularniejszych ośrodków polskiego winiarstwa, czyli Kazimierza Dolnego.

Podczas poprzednich odwiedzin w regionie, w pamięć zapadło mi logo Kazimierskich Wzgórz. Tak więc, to właśnie tam się wybieramy. Czyżby znowu był to przypadek bardzo efektywnego marketingu, tak jak w Dwórznie? Jednak w Kazimierskich Wzgórzach jest dużo lepiej już od samego początku. Dzwonię zapytać o miejsca na najbliższą sobotnią wycieczkę dla czterech osób i możliwość zabrania psa – a po drugiej stronie wita mnie pełna uprzejmość i profesjonalizm. ,,Miejsca są, już robię rezerwację, pies to żaden problem.” Nawet znalazła się tańsza opcja wycieczki dla niepijącego kierowcy.

Oprowadza nas pani Bogusia, współwłaścicielka winnicy. Ciekawie opowiada o regionie, uprawie winorośli i podstawach robienia wina. Dowiadujemy się, że okolice Kazimierza Dolnego sprzyjają uprawie winorośli z kilku powodów. Po pierwsze okolica jest pagórkowata, a wzgórza pomagają z wystawą i odprowadzają nadmiar wody. Po drugie gleby – lekkie i przewiewne lessy osiadłe na charakterystycznych skałach wapiennych. Później oglądamy ściany wielu miejscowych budynków postawionych właśnie z tego kamienia. Ciekawostką są muszlę i inne kształty odbite w kamieniu. Po trzecie, Wisła. Królowa polskich rzek płynie przez miasto tworząc swoisty mikroklimat. No i jak się okazuje, Lubelszczyzna to najbardziej nasłoneczniony region w Polsce, nie najcieplejszy, ale z największą ilością godzin słonecznych. A wszyscy wiemy jak ważne jest to dla winogron.

Podczas tych i innych opowieści spacerujemy wśród winogron, próbując różnych odmian prosto z krzaka. Jest naprawdę sielsko i przyjemnie. Jest trochę za wcześnie na winobranie, ale pierwsze zbiory Solarisa już się odbyły. Właścicielka Kazimierskich Wzgórz zauważa, że jest to 2-3 tygodnie wcześniej niż zazwyczaj. To było naprawdę upalne lato, a opady znikome. Notuję sobie, że być może trzeba się zastanowić nad zrobieniem zapasu rocznika 2024. Przez taką pogodę mogą to być ciekawe wina, potencjalnie dość nietypowe jak na Polskie warunki.

Polska przecież, tak jak Austria, Niemcy czy Szwajcaria, znajduje się w tak zwanej zimnej strefie dla uprawy winogron. W Kazimierskich Wzgórzach około 70% odmian to szczepy białe. Co ciekawe, właściciele powoli eksperymentują z odmianami Vinifery, takimi jak Chardonnay, Riesling, Pinot Noir czy Zweigelt. Odmiany hybrydowe (specjalne odmiany winorośli przygotowane dla zimnej strefy) nadal dominują, ale ich udział z roku na rok się zmniejsza.

Nie obyło się również bez historii bardzo charakterystycznej dla Polski. Wino z poprzedniego roku nie zostało jeszcze zabutelkowane, a kolejne winogrona już zaczynają być zbierane. Chociaż magazyn stoi praktycznie pusty, to niezabutelkowanego wina nie można tam przewieźć, bo musiałoby najpierw zostać obanderowane akcyzą. I co ma biedny winiarz zrobić? Nie tylko walczy z nieprzewidywalnymi siłami natury, ale również z przewidywalnie irytującymi polskimi przepisami.

Na drugą część wycieczki wracamy do punktu wyjścia i zasiadamy przy ławach w altanie, aby cieszyć się komentowaną degustacją sześciu win. Do tego dostajemy selekcję lokalnych serów i cebularza. Szczególnie Bursztyn jest boski i sam jego smak rekompensuje całą inwestycję w tę wycieczkę. Na szczęście, winiarsko też jest bardzo pozytywnie. Zaczynamy od dwóch win musujących, Preludium i Ciao.

Preludium to wino musujące robione metodą szampańską z wybranych dwóch parceli Seyval Blanc. Preludium ma zaskakująco wyraźny zapach i ciekawy kolor. Jest to wino dość owocowe, ale naprawdę ładnie zbalansowane i przyjemne. Jak dla mnie konkuruje z niejednym Prosecco. Główne nuty to grejpfrut, zielone jabłko i trochę brzoskwini. Finisz nawet długi. W przyszłym roku planowana jest próba zrobienia wina musującego metodą szampańską z Chardonnay i Pinot Noir, czyli odmian używanych w Szampanii. Jestem bardzo ciekawy co z tego wyjdzie!

Ciao! to musujące wino różowe zrobione w stylu włoskiego frizzante. Początkowo jest to wino spokojne, do którego później dodawany jest dwutlenek węgla. Do zrobienia go użyto Zweigelta i Cabernet Cortis. Jest to bardzo dobre użycie tych odmian, szczególnie tej drugiej, która sama w sobie bardzo rzadko zachwyca. Ciao to esencja letniego napoju. Trochę taka oranżada, bardziej konkurencyjna dla cydru i piwa, niż wina. W ten upalny dzień wyśmienicie pełni swoją orzeźwiającą funkcję. Główne aromaty to truskawka i guma balonowa.

Następnie przechodzimy do win białych. Z tych próbujemy Chardonnay 2022, Riesling & Roter Riesling 2023. Chardonnay robione jest w klasyczny sposób z użyciem metody fermentacji jabłkowo-mlekowej. Ma dość blady, jasno żółty kolor. I zapach i smak natychmiast wskazują na Chardonnay, ale są one dość wycofane, wskazując na zimny klimat. Dobry balans nut maślanych i bułkowych oraz cytrusów. Przyjemna kwasowość.

Chardonnay to moment kiedy zaczynam się trochę nudzić. Każda butelka to ponad 15 minut opowiadania. Pytania praktycznie się nie pojawiają, co przyczynia się do atmosfery wykładu, a nie spotkania grupy ludzi próbujących wino. Oczywiście, część problemu wynika z tego, że dla mnie to już enta wycieczka kiedy słucham o dosage, Madame Clicquot i o tym, że czerwone wino jest czerwone tylko dzięki przedłużonemu kontaktowi białego przecież soku z czerwonymi skórkami. Jednak wydaje mi się, że można by zmniejszyć tę bombę informacyjną na rzecz dialogu z degustującymi. Wina są dobre, więc jest o czym rozmawiać. Zwłaszcza kiedy grupa jest dość kameralna. Wróćmy do ostatnich win.

Z białych win próbujemy jeszcze Riesling & Roter Riesling 2022 oraz Esterkę 2022. Esterka nazwę zawdzięcza lokalnej legendzie. Jest to kupaż Muscaris oraz Souvignier Gris. Zapach głównie winogronowy, ale też mocno kwiatowy, nuty bzu i akacji. Smaki głównie kwiatowe, akacja wysuwa się na pierwszy plan. Ze swoimi 12 gramami cukru jest całkiem niezłe do swobodnego popijania.

Z czerwonych poczęstowano nas Zweigelt’em 2023. Ma on rubinowy kolor. Wiśniowa frużelina w zapachu. Podobnie w smaku, chociaż tu jest to trochę bardziej niedojrzała wiśnia, z nutami żurawiny. Lekkie ciało, przyjemna goryczka i tanina. Naprawdę fajnie się to wszystko pije.

Obowiązkowo zostajemy na jeszcze jeden kieliszek wina zanim wybierzemy się na kolację w mieście. Chyba moja największa skarga to to, że nie było możliwości spróbować Pinot Noir. Pinot było dostępne na butelki, a więc nie wszystko stracone i nadrobię zaległości w domu! Wizyta w Kazimierskich Wzgórzach i popołudnie w Kazimierzu Dolnym to była czysta przyjemność. Od właścicielki do personelu pomocniczego, winiarnia pokazała się z jak najlepszej strony. Super, życzę dalszego powodzenia! Czekamy na rocznik 2024 i już planujemy następną wizytę.

Winnica Kazimierskie Wzgórza, Kazimierz Dolny Read More »

Dwórzno vineyard.

Siła marketingu – Winnica Dwórzno koło Warszawy

„Jest tam taka super atmosfera!”, „Można pochillować sobie na leżaczkach.”, „To idealny sposób na spędzenie sobotniego popołudnia”, „To tylko 30 min od Warszawy.” – słyszeliśmy co i raz o Winnicy Dwórzno. Jak można było się spodziewać w końcu ulegliśmy. Zapakowaliśmy psa oraz dwójkę znajomych i ruszyliśmy zbadać to winne szaleństwo, które ogarnęło stolicę. We wszystkich podekscytowanych komentarzach było ziarno prawdy. Dojazd jest naprawdę ekspresowy, a okolica przepiękna. Szczególnie ostatnie kilka kilometrów wiodące wąską drogą wśród pól, łąk i stawów. Słoneczny sierpniowy dzień też zrobił swoje. Sama winnica również posiada uroczy teren bardzo charakterystyczny dla mazowieckiej wsi – pola na których rosną winne grona wyrąbane są w sosnowo-brzozowym lesie.

Aczkolwiek, po wjeździe do samej winnicy stanęliśmy pośrodku dużego placu i trochę nie wiedzieliśmy co dalej. Po naszej lewej, na łące, zgodnie ze wszystkimi zdjęciami, stały wspomniane już palety do chillowania, ale to by było na tyle. Poza jedną samotną parą (co ciekawe, bez wina), ludzi brak. Po konsultacji z tą dwójką i chwili krążenia po placu udało nam się znaleźć drzwi, które prowadziły do improwizowanego sklepu. Nie ma nic złego w takich małych operacjach, bardzo lubię odwiedzać podobne miejsca, ale może jednak warto by postawić chociaż jeden czy dwa znaki ułatwiające gościom orientację.

O dziwo, w środku natknęliśmy się na natłok ludzi. Około 50-60 osób. Tłum mocno warszawski, dominowały młode pary i grupy znajomych. Jak się okazało była to grupa biorąca udział w wycieczce po winnicy. Nigdy w życiu nie widziałem tylu osób na zwiedzaniu winnicy, coś muszą robić naprawdę dobrze! – pomyślałem. Zachęceni tym widokiem nie zastanawialiśmy się już dłużej tylko poprosiliśmy o degustację wszystkich win. Do wyboru była albo cała butelka albo kieliszek, nic więcej. Hmm, ciekawe.

Niech będą kieliszki, jakoś się podzielimy. To chyba bezpieczniejsze, niż wyjść poza utarte ramy z panią z obsługi, która niestety nie grzeszyła uprzejmością. Pięć kieliszków kosztowało nas 120 złotych. Butelki wahały się od 80 do 120 zł. Dowiedzieliśmy się od owej „pomocnej” sprzedawczyni, że: „te są trochę bardziej wytrawne, a te trochę bardziej słodkie”. Zwięźle i na temat. Porcja chyba próbowała trochę zrekompensować cenę, bo trudno było donieść wszystko bez rozlania.

No więc jak to było z tymi trochę wytrawnymi i trochę słodkimi:

Solaris 2023 – bardzo jasny kolor, praktycznie przezroczysty z zielonkawymi refleksami. W zapachu zielone jabłka, trochę brzoskwini. To chyba jedno z tych wytrawniejszych, z nawet niezłym finiszem. W smaku trochę anyżku, mentolu, bzu, kwiatów oraz cytrusów. – bardzo jasny kolor, praktycznie przezroczysty z zielonkawymi refleksami. W zapachu zielone jabłka, trochę brzoskwini. To chyba jedno z tych wytrawniejszych, z nawet niezłym finiszem. W smaku trochę anyżku, mentolu, bzu, kwiatów oraz cytrusów.

Mazovia White 2022 – kolor zdecydowanie pełniejszy, żółty. W zapachu dużo bardziej owocowe, obecne nuty miodu akacjowego. Niestety gorzej wypadło smakowo, było dość jednowymiarowe. Główne wrażenie to kwasowość, powiedzmy cytryny i trochę grejpfruta.

Johanniter 2022 – kolor dość pełny, bardziej złoty, niż żółty. Mimo ciepłego dnia, wino podane w temperaturze pokojowej, mniam. Zapach niezbyt intensywny, trudno wyczuć coś konkretnego. Na języku lekki gazik. Smaku chyba jeszcze mniej, niż w poprzednim winie, bo nawet trudno tu o kwasowość. Może miało więcej cukru? Trudno było stwierdzić

Mazovia Red 2021 – kolory intensywnie bordowy, identyczny w tym i następnym czerwonym. W smaku można wyczuć aronie, czarną porzeczkę i trochę wiśni. Jednak szkoda, że smakowo brakowało mu wyrazu i ogólny profil był pozbawiony głębi. Kwasowości niewiele. Wszyscy się zgodzili, że Mazovia Red skojarzyło im się z kompotem.

Regent / Cabernet Cortis 2022 – kolor jak powyżej. Owoce w zapachu bardziej dojrzałe, porzeczkowe. Wydawało się, że paleta jest trochę przyjemniejsza, niż w poprzednim winie, ale było to tylko pierwsze wrażenie. Potem wszedł intensywny smak siarki, nie muszę chyba dodawać, że raczej nieprzyjemny. Pozostawił długi finisz, co w tym wypadku zdecydowanie nie wpłynęło korzystnie na ocenę tego wina.

Tak sobie siedzieliśmy i patrzyliśmy na ludzi wychodzących z wycieczki z kartonami wina. Przy zieleniejących się rzędach winorośli znów zebrało się co najmniej 50 osób na kolejną godzinę. Winnica Dwórzno może się pochwalić niesamowicie  skutecznym marketingiem (który przemówił również do nas) i świetnym pomysłem zbudowania miejskiej atrakcji, pomimo pewnego oddalenia od stolicy. Znudzeni Warszawiacy będą szukać czegoś „do zrobienia” w weekend, turyści znajdą to miejsce w rankingach top 10 unikatowych atrakcji Warszawy. Ułatwiony transport dzięki podstawionemu w centrum miasta autokarowi na pewno pomaga. W sumie, należy im się duża pochwała za bardzo dobry sens biznesowy. Żałuję tylko, że w tym całym pakiecie brakuje dobrego wina. A byłoby tak blisko, żeby móc się regularnie zaopatrywać! Tak coś czułem. Brzmiało to zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwe…

Siła marketingu – Winnica Dwórzno koło Warszawy Read More »

Sad w świętokrzyskim.

Winnica Płochockich – świętokrzyska perełka

Tradycja i zwyczaje związane z piciem wina nieustannie ewoluują. Są miejsca takie jak Włochy czy Francja, gdzie tradycja zarówno winiarstwa jak i picia wina jest silnie ugruntowana. Mamy również miejsca takie jak Polska, gdzie w historycznych tekstach może i pojawiają się wzmianki o „węgrzynie” i „burgundzie”, niemniej jednak dziś tradycja winiarska dopiero się rodzi (lub odradza). Naturalnie, kultura picia wina w Polsce rozwija się teraz zdecydowanie szybciej niż chociażby 20 lat temu. Dotychczasowa bariera, którą napotykali polscy miłośnicy wina, czyli brak dobrego produktu na półce, na szczęście już nie jest problemem. Jednakże tradycja uprawiania winorośli i winiarstwa (ograniczonego do winogron!) zmaga się z dodatkowymi wyzwaniami – klimatycznymi, technicznymi, finansowymi czy prawnymi (takimi jak na przykład ważna ustawa z 2008 roku, która umożliwiła producentom sprzedaż wina pochodzącego z własnej uprawy). Sprawia to, że wielu polskich producentów wina oscyluje jeszcze na dość przeciętnym poziomie. Na nasze szczęście znajdą się też przykłady robiące bardzo duże wrażenie! Dlatego dziś ruszamy do ukrytej pośród falujących, świętokrzyskich wzgórz, Winnicy Płochockich.

Winnica Płochockich to przedsięwzięcie prowadzone przez małżeństwo Barbarę i Marcina Płochockich. Trzecia zarejestrowana w Polsce winnica, została założona w 2006 roku. Znajduje się w malowniczo położonej wsi Daromin w okolicach Sandomierza. Zachęcam do zapoznania się z bardzo ciekawą i nieoczywistą historią winiarskiej pasji Państwa Barbary i Marcina. Samochodem z Warszawy i Krakowa dotrzemy do Daromina w niecałe trzy godziny. Do winiarni można wpaść żeby kupić wino, na wycieczkę z degustacją lub nawet aby zostać na noc, śpiąc wprost nad leżakującym i fermentującym winem! Co więcej, dzięki uprzejmości gospodarzy goście mogą się również wybrać na spacer wśród rzędów rosnących nieopodal krzaków winorośli. Uwaga! Silne doznania estetyczne gwarantowane. My wybraliśmy się tam w okolicy majówki co oznaczało, że winogrona tak naprawdę dopiero budziły się do życia, a koloru w pejzażu dostarczały kwitnące w pobliżu sady owocowe.

A teraz przejdźmy do wina. Winnica Płochockich mimo swojego dość niedużego rozmiaru (7 hektarów) ma bardzo szeroką gamę win, zarówno białych jak i czerwonych. Uprawianych jest 20 różnych szczepów winogron. W tym znane odmiany międzynarodowe, takie jak Pinot Noir czy Riesling, ale też bardziej niszowe szczepy jak Hibernal Solaris czy Johanniter. Mimo iż białe wina zdecydowanie wiodą prym, to tak naprawdę każda butelka dostarcza przyjemnych doznań. Niestety, nie można tego powiedzieć o wszystkich winach jakie próbowaliśmy w kilku okolicznych winnicach. Może kiedyś o tym napiszę, ale na razie chyba jednak warto skupić się na jednym bardzo dobrym przykładzie, żeby za wcześnie nie zrazić enoturystów poszukujących lokalnych doznań. Dzięki gościnności Pani Barbary mieliśmy okazję spróbować ciekawą selekcję win. Poniżej omawiam te, które zrobiły na nas największe wrażenie.

Ma Fo i Rodo to dwa czerwone wina. Ma Fo zrobione jest ze szczepów Frontenac i Marechal Foch. Rodo to kupaż Rondo, Marechal Foch, Regent i Cabernet Cortis. Przyznam szczerze, że pierwszy raz w życiu usłyszałem o tych odmianach winogron. Jednak efekt końcowy to bardzo zadowalające wina. Zdecydowanie czuć, że winogrona rosną w chłodnym klimacie, ale posiadają zadziwiająco złożony charakter. Ma Fo jest mocniej zbudowane i charakteryzuje się smakami ciemnych owoców, śliwek i borówek, oraz nutami wanilii. Rodo jest lżejsze i świeższe, z wyraźnymi smakami wiśni i czerwonej porzeczki.

Udało nam się też spróbować ostatnie sztuki Pinot Noir z 2020 roku. To jednoszczepowe wino, a jego produkcja wyniosła zaledwie ok. 600 butelek. Problem z dostępnością tego rocznika pokazuje, że wino przypadło do gustu niejednemu smakoszowi, który natknął się na owoce pracy państwa Płochockich. To Pinot jest dość typowym Pinot Noir, co w tym kontekście jest znacznym komplementem! Często próby z tym szczepem w nieoczywistych miejscach kończą się źle. Wina są jednowymiarowe i płaskie. Tutaj mamy lekkość, ale też smaki czerwonych owoców, żurawiny i dojrzałej wiśni, wraz z nutą pieprznej pikantności i przyjemnych tanin. Ciekawe jak wino zmieni się po dodatkowych dwóch czy trzech latach w butelce.

Ucieszyłem się z tak porządnych, zdecydowanie wyróżniających się na polskim rynku, czerwonych win. Jednak najlepsze co piliśmy od Płochockich to wina białe: Hibia i Inspira Volcano. Są to pozycje, które spokojnie mogą konkurować z zagranicznymi winami, nie tylko ze względu na swoje nietypowe pochodzenie, ale przede wszystkim złożoność i głębię smaku. Tak jak w przypadku Ma Fo i Rodo, te dwa białe wina to kupaże.Tym razem trzech i pięciu różnych szczepów.

Hibia to szczepy Hibernal, Solaris, Traminer, Cserszegi Fűszeres i Muscaris. Rezultat to wino o jasnożółtej barwie i bardzo wyraźnych owocowych nutach w zapachu jak i smaku. Wita nas feerią smaków, lecz żaden z nich nie przytłacza, pozwalając delektować się zmieniającym się charakterem. Wyczuwamy tropikalne owoce, takie jak melon czy ananas, razem ze świeżymi smakami jaśminu i róży. Wszystko zbalansowane jest dobrze wyważoną kwasowością. To wino na lato, do picia ze znajomymi, po prostu do delektowania się pięknymi rzeczami w życiu!

Inspira Volcano pokazała zupełnie inny charakter. Stworzona z kupażu Johanniter, Seyval Blanc i Hibernal, jest to poważna butelka. Sprawia sporo przyjemności od razu po wypuszczeniu, lecz dodatkowo posiada też znaczący potencjał do starzenia. Wraz z wiekiem wino dalej się rozwija, a jego smaki ewoluują. Słyszałem, że jeden z pierwszych roczników nawet po ponad 10 latach był tak dobry, że zachwycił akurat będąca w Polsce Jancis Robinson (światowy autorytet w świecie wina). W przeciwieństwie do Hibii, to wino leżakuje 12 miesięcy w dębowych beczkach. Dominują nuty owoców cytrusowych, ale także bardziej balsamiczne, nadające uczucie pełnego i głębokiego smaku. Wino cieszy swoją elegancją i wielowarstwowością.

Ciekawostką jest też to, że w przeciwieństwie do innych winnic w regionie, gdzie znajdziemy dużo win półsłodkich czy półwytrawnych, u Płochockich jednak dominują wina wytrawne. Wyjątkiem od tej reguły jest typowe wino deserowe, Raisins. Podczas produkcji sok wyciskany jest z uprzednio podsuszonych winogron (stąd nazwa), jak robi się to w niektórych regionach Hiszpanii czy Włoch. Pomaga to uzyskać wysokie stężenie cukru i koncentrację smaku. Mimo dużej słodkości, Raisins nadal jest orzeźwiające dzięki odpowiedniej kwasowości. W zapachu i smaku dominują dojrzałe owoce tropikalne, takie jak mango, wyczuwamy też tytułowe rodzynki.

Zastanawiam się, czy to właśnie nie jest najlepszy moment na kupienie kilku butelek zapasu, na przykład Inspiry Volcano czy Pinot Noir? Lub może świeżo wypuszczonego Rieslinga, który przecież powinien dobrze się odnaleźć w chłodnym klimacie południowej Polski. Kto wie, jak daleko ta winiarnia zajdzie za 5, 10 czy 20 lat? Biorąc pod uwagę obecny poziom to wydaje mi się, że daleko. Trudno wyczuć moment bezpośrednio poprzedzający duży rozgłos i popularność. Czy właśnie w tym punkcie znajduje się Winnica Płochocki dzisiaj? Nie wiadomo, ale w ,,najgorszym’’ wypadku zostanę z kilkoma butelkami bardzo dobrego wina do wypicia. A to naprawdę żaden problem!

Winnica Płochockich – świętokrzyska perełka Read More »

Dwór Kombornia.

Salon Win Karpackich

Południe Polski, Beskid Niski, Krosno. W okolicy wieś Kombornia, a w niej odrestaurowany dworek jakich sporo w tych stronach. Z zewnątrz ładnie, sielsko. Wewnątrz czuć jednak, że od ostatniego remontu upłynęło pewnie jakieś dwadzieścia lat. Jednakże, na uboczu terenu dworskiego znajduje się wkopana w mały pagórek prawdziwa perełka – Salon Win Karpackich.

To dość spora kamienna piwniczka, w której od razu czuć chłód i trochę wilgoci mimo ciepłego dnia na zewnątrz. Wewnątrz witają nas dwa rzędy ustawionych na baczność win oraz spory zapas poniżej, jeżeli coś rzuci nam się w oczy (i podniebienie!). Na wprost wejścia króluje wielka mapa ilustrująca koncept przyświecający temu miejscu. Śledzimy pasmo Karpat wijące się przez większość Europy Środkowej, zahaczające o 8 państw. Pan Ryszard Skotniczny, ojciec tego pomysłu, a zarazem właściciel dworku, prezes fundacji Slow Beskid, a dzisiaj nasz sommelier usadawia nas za rogiem, robi szybki rekonesans co do wiedzy i doświadczenia grupy i praktycznie natychmiast zabiera nas na sprint przez Karpackie wina.

Lecimy przez Słowację, Mołdawię, Rumunię, Węgry, z kilkoma szybkimi powrotami na ojczyste ziemie. 14 win w ciągu godziny. Od cienkich wykręcających gębę polskich prób stworzenia czerwonego wina, przez przesłodzone rumuńskie kompoty po siedmioletnie, dojrzałe, rozpieszczające swoją złożonością białe słowackie wina. No i pięknie zapowiadające się egerskie klasyki zachwycające ziemistymi smakami i przyjemnymi taninami. „Moim celem jest zapoznać Państwa z przekrojem win z Karpat, a nie żeby smakowało! Przecież smak każdy ma inny i lubi różne rzeczy.” – zakrzykuje pan Ryszard. I ileż ma w tym racji. Nie dość, że każdy ma różne preferencje to przecież opinie wyrabia się poprzez kontrasty i porównania, a nie smakowanie w kółko tego samego. Jak przyjemna to odmiana od degustacji u właściciela winnicy, który przecież nie przyzna się otwarcie, że niektóre wina smakują jak smakują celowo. Są bowiem rezultatem procesu maksymalizacji plonów tak, aby trafić w budżet przeciętnego konsumenta.

Nasz karpacki Przewodnik nie ma żadnego problemu, aby poświęcić nam trochę więcej czasu i po skończonej degustacji rozmawiamy jeszcze trochę o pomysłach wycieczek winiarskich do Węgier oraz godnych polecenia okolicznych winach. Salonik opuszczamy tylko z dwiema butelkami, bo po niedawnej bardzo udanej wycieczce do Toskanii (do przeczytania już wkrótce), miejsce do przechowywania nadal jest problemem!

Pierwsze z nich to białe wino, Quercus Lipovina z 2016 od Chateau Grand Bari ze Słowackiego Tokaju. Słowackiego Tokaju? To nie pomyłka, z ciekawością dowiadujemy się, że chociaż Tokaj to historyczny region kojarzony z Węgrami i w dużej mierze tam położony, to jednak jego mały kawałek znajduje się również na terenie Słowacji. Wino ma już swoje lata i zestarzało się bardzo efektownie. W bukiecie głównie miód lipowy z lekkim muśnięciem benzyny. W smaku dobrze zbudowane i zbalansowane, wyczuwamy miód, trochę cytrusów i ananas. Finisz długi i przyjemny. Cena to 55 zł.

Drugie to czerwone wino, Varvedo Cuvee również z 2016 od Toth Ferenc z węgierskiego regionu Eger. Podczas degustacji próbowaliśmy Kekfrankos od tego samego producenta, ale skończył się piwniczkowy zapas i zdecydowaliśmy się na inna pozycję. Jest to bordoska mieszanka (Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc i Merlot) o średniej budowie. W bukiecie silne aromaty ziemiste przebijane czerwonymi owocami. W smaku dość lekkie, ale nie pozbawione głębi, dominują nuty czekoladowe i dębowe ze śliwką i borówkami. Pół godziny w karafce zdecydowanie pomogło mu się otworzyć. Cena to 100 zł.

Salon Win Karpackich to zdecydowanie interesujące miejsce i koncept. Pięknie położone, ale co najważniejsze, bardzo przemyślane. Łańcuch górski spaja winiarzy wielu narodowości, którzy mimo różnych celów i winiarskiego podejścia, jednak mają więcej wspólnego ze sobą nawzajem niż z winiarzami z Włoch czy Francji. Jest to też miejsce pozwalające poznać wina dość niszowe, często mocno średnie, ale z okazjonalną perełką w bardzo przystępnej cenie. Mamy przekrój, lecz z pomysłem. Nie skaczemy z Chile do Nowej Zelandii, po to żeby znowu skończyć we Włoszech w Apulii i raczyć się kolejnym Primitivo, tak naprawdę nie dowiadując się niczego nowego. Sama forma degustacji też na plus, szybkie kilka win bez zbędnych wstępów i przynudzania, potem parę faktów technicznych, ale i trochę historii z wycieczek prowadzącego i kolejne wina. Żywo, ciekawie i smacznie, bez wątpienia dla każdego bez względu na ilość wiedzy czy doświadczenia. Zdecydowanie polecam!

Winiarska wycieczka w tamte okolice oczywiście nie mogłaby się odbyć bez zaopatrzenia w kilka kompletów zapasowego szkła do wina: kieliszków do białego i czerwonego, karafek i dekanterów w pobliskim Krośnie. Dodatkowych kieliszków nigdy za wiele! Dobry sposób, aby poznać historię wyrobu szkła w tym mieście i zaopatrzyć się w unikatowe, ręcznie zdobione wyroby, to wizyta w Centrum Dziedzictwa Szkła przy krośnieńskim rynku. Za to świetne promocje można wyhaczyć w salonie firmowym znajdującym się przy samej hucie. Tym razem bagażnik zapełnił się więc szkłem, nie winem. Zobaczymy czym Bachus pozwoli zapełnić mi to szkło w przyszłości.

Salon Win Karpackich Read More »

×