Texas Wine Country – Stany Zjednoczone

View from the Prochnow Vineyard porch.

Długorogie byki, kaktusy, farmy wielkości państw – to tylko niektóre ze skojarzeń, które przychodzą nam na myśl kiedy myślimy o Teksasie. Może niektórzy słyszeli też o słynnych teksańskich BBQs i towarzyszącym im piwie. Tak więc czy jest tu miejsce na wino? W sumie to jest gorąco, pustynia i jakoś tak ogólnie nie ten klimat. Przynajmniej tak mi się wydawało, gdy zmierzałem po stanowej drodze z Austin w kierunku winiarni, którą znalazłem zupełnie przypadkiem błądząc po mapach Google i planując jednodniowy wypad poza miasto.

Na tę teksańską wycieczkę zwerbowałem kilku kolegów z pracy podczas naszej podróży służbowej do Austen. Chcieliśmy zobaczyć prawdziwy Teksas, a nie tylko jego wielkomiejską odsłonę. A wizyta w winiarni to oczywista wypadkowa spędzania czasu z nieWinnym Podróżnikiem! Ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu wszyscy ochoczo się zgodzili, a jeden kolega nawet zaoferował się prowadzić. Nie myślałem odwodzić go od tego pomysłu…

Po 30 minutach jazdy na zachód od Austin pojawiły się pierwsze tabliczki na płotach wychwalające Donalda Trumpa i wtedy wiedzieliśmy już, że jesteśmy w prawdziwym Teksasie. Potem zobaczyliśmy wielkie połacie ogrodzonego terenu, stada bydła oraz samochody przypominające nam Europejczykom bardziej Monster Trucks, niż auta używane żeby podjechać na zakupy.

Pierwszym przystankiem na trasie naszej wycieczki był postój na przydrożnego burgera, a potem wspinaczka na Enchanted Rock. Obydwa miejsca zdecydowanie godne polecenia! Później obraliśmy azymut na moją winiarnię. Jednak po przejechaniu ledwie kilku kilometrów zobaczyliśmy tabliczkę zapraszającą do innej winnicy. Spragnieni (zarówno wina jak i przygody) postanowiliśmy, że zatrzymamy się od razu. Na szczęście, okazało się to totalnym strzałem w dziesiątkę.

I tak przypadkiem trafiliśmy do Prochnow Vineyard. Po przekroczeniu bramy wjazdowej niezwłocznie ukazał się nam bardzo malowniczy obrazek: starodrzew przy drodze, łagodne wzgórza, pola winogron oraz piękny zabytkowy, drewniany domek z charakterystyczną werandą. W środku przywitało nas starsze małżeństwo. Jak się okazało wkrótce byli to  właściciele całego przedsięwzięcia. A ponieważ byliśmy ich jedynymi gośćmi, to przez następne półtorej godziny w kameralnym gronie doświadczyliśmy na własnej skórze słynnej południowej gościnności Amerykanów.

Zaczęło się od typowego zdziwienia co trzech Polaków i Anglik robią w winiarni w głębi Teksasu. Właściciele jednak szybko otrząsnęli się z pierwszego szoku i zaraz potem posypały się rodzinne historie z ich życia oraz winiarskiego projektu. Winiarnia to ewidentnie ich plan na emeryturę, chociaż dzieci też się trochę włączają. Rodzina Prochnow ma niemieckie korzenie, tak jak zresztą bardzo wielu ludzi w okolicy (niedaleko mieści się zabytkowy Fredericksburg).

Wykupiona przez nas degustacja liczyła pięć win. Ale koniec końców udało nam się spróbować wszystkiego z karty i z poza niej, wliczając w to domowej roboty sangrię i słodkie wino. Sielskość picia tego niesamowitego wina na werandzie przy idealnej temperaturze i z pięknym widokiem jest naprawdę nie do opisania. Wszyscy byliśmy równie dotknięci tymii upajającymi wrażeniami i okolicznościami. Jakby tego było jeszcze mało, właściciel Ross stwierdził na koniec, że zabierze nas na przejażdżkę swoimi mini „pociągiem” po całym terenie. Zobaczyliśmy jego dom rodzinny słuchając związanych z nim historii. Ross pokazał nam także pod którymi drzewami jego córka wzięła ślub. Na pożegnanie dostaliśmy świeżo wypieczone domowe ciasteczka… czy można dodać coś więcej?!

Jestem w pełni świadomy, że błogi stan w jakim się znajdowaliśmy mógł wpłynąć na moją zdolność obiektywnej oceny produkcji rodziny Prochnow . Ale cóż, wino to też miejsce i ludzie. W moich notatkach zachowały się wzmianki o sześciu winach. Naprawdę trudno było mi notować, gdyż tak bardzo chciałem się oddać tej pięknej chwili. Spójną obserwacją było na pewno to jak bardzo świeże były to wina. Przy tak wysokich temperaturach (zbiór następuje pod koniec lipca) spodziewałem się wielkich i pełnych smaków raczej niż niuansu, świeżości i elegancji, której doświadczyłem.

A o to wina z Prochnow Vineyard:

Picpoul Blancintensywny żółty kolor. Przyjemny owocowy nos. W smaku bardzo świeże, z silną kwasowością, ale nadal dość wykształconym ciele. (117 PLN, 32$)

Roussanne – podobnie intensywna barwa, ale już zupełnie inne nuty smakowe. Wino nadal przyjemnie świeże, jednak bez uderzającej kwasowości. Kwiaty, gruszka i miód dominują. (109 PLN, 30$)

Sangiovese Rosé – znów zaskakująca świeżość. Mimo że to wino technicznie różane, kolor bardziej rdzawy. Dominują cytrusy i poziomki. (128 PLN, 35$)

Cabernet Sauvignon – trzy lata w używanych beczkach dębowych. Mimo pełnego ciała i dojrzałych smaków, wino całkiem przyjemne do samodzielnego picia bez jedzenia. Dojrzałe jeżyny i wiśnie  zdecydowanie wybijają się na pierwszy plan. (128 PLN, 35$)

Tannat – tu mamy do czynienia ze zdecydowanie wyraźnymi taninami. Więcej jest też śliwki, powideł i smaków dżemu z czarnych owoców. (139 PLN, 38$)

Oma’s Sweet – bardzo udany muscat. Świetny balans pomiędzy słodkością i kwasowością. Kwiatowe nuty, suszone morele i brzoskwinie. (109 PLN, 30$)

Prochnow Vineyard to tylko jedno z bardzo wielu miejsc w Teksas Wine Country. Po drodze do kolejnej winiarni znaleźliśmy się na kilkunasto-kilometrowej trasie dosłownie otoczonej przez winorośl po obydwu stronach. Jak się okazało (ku mojemu zdziwieniu i niewiedzy) Teksas jest trzecim największym producentem wina w USA, więc widok wielkich upraw winogron wcale nie powinien tam zaskakiwać. Właśnie z tej racji postaram się wrócić do  tematu teksańskich win w następnych wpisach. Do zobaczenia!

Więcej nieWinnych Podróży wprost na Twoją skrzynkę? Zapisz się!

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

×